Home » Nasze sprawy

Zapiski z podróży na wyspy szczęśliwe

7 February 2012 694 views 3 komentarze

Epifania
Jest rok 2001. Odkrywamy z J. Internet. Oglądamy zdjęcia odległych miejsc, do których chcielibyśmy kiedyś pojechać. Irlandia pojawia się na ekranie naszego starego peceta niczym objawienie. Odbierające mowę piękno dzikiego, nieprzyjaznego krajobrazu. Piękna, tajemnicza pani strzeżona przez bagnety klifów. Otoczona zewsząd morzem. Absolutnie niedostępna. Całkowicie poza naszym zasięgiem.
Joyce, uliczki Dublina, które przemierzał Ulisses w drodze do swej Itaki, Beckett, Seamus Heaney, dolmeny, Celtowie, mity i legendy, magia…
– Popatrz, jakie małe zagęszczenie ludności na kilometr kwadratowy! – mówi J.
– Siedzieć na klifie, pisać wiersze i nie widzieć nikogo przez cały boży dzień. Coś dla nas – mówię. – Iść na wrzosowisko i zapomnieć wszystko…

Wicher zmian
Rok 2004. O roku ów!
Wicher zmian gnał przez Europę, wyrywał słupy graniczne, łamał szlabany, odbierał pracę celnikom i jakby tego mu było mało, pustoszył domy, całe osiedla, miasta i wsie. Porywał ludzi jak suche liście i rzucał ich z miejsca na miejsce. Odnajdowali nagle siebie samych wbitych w siedzenie samolotu którejś z tanich linii lotniczych albo co gorsza błąkających się po kilometrowych korytarzach międzynarodowych lotnisk, albo co jeszcze gorsza – stojących w środku obcego miasta z jedną tylko myślą w głowie: „Co ja tu, k… robię?”.
Zmiany te przechodziły koło nas bokiem. J. zajęty był swoją nową fascynującą pracą w tzw. instytucji kulturalnej, ja zaś pisałam pracę magisterską na temat epifanii we współczesnej polskiej poezji.

Oko cyklonu
W 2006 roku wicher zmian rozszalał się także nad naszym domem, naszą wynajmowaną 30 metrową dziuplą, w której mieszkaliśmy już we troje: Ja, J. i roczny Dawidek. Wpadał przez nieszczelne okna i drzwi, zrzucał obrazy ze ścian, tłukł szklanki i talerze, wywlekał z kątów brudne skarpetki i pampersy, robił bałagan w niezapłaconych na czas rachunkach, gubił strony korekty, nad którą ślęczałam, kiedy Dawidek spał. Nocami zapędzał J. w labirynty ulic, ślepe zaułki. Dął tak niemiłosiernie, aż biedaczysko zmuszony był ratować się ucieczką w ciepłe wnętrza knajp. Nad ranem przywiewał go z powrotem pod drzwi mieszkania, w samo oko cyklonu.
Żyliśmy na rumowisku.
Zamiatając skorupy, mamrotaliśmy pod nosem – „Tosięmusizmienić”.

Profesor czarnej magii
Elegancko ubrany, ciemnowłosy egzotyczny przybysz pojawił się któregoś dnia na krakowskim Kazimierzu zupełnie niewiadomo skąd. Z błyskiem w czarnym oku roztaczał przed nami wizję wysp szczęśliwych, wysp zielonych, nowych par butów, domku z ogródkiem, zagranicznych wakacji. Czarował, mamił, łudził… Podpisaliśmy cyrograf.
I tak w sierpniu 2006 roku J. po wielkiej popijawie pożegnalnej z krakowskimi znajomymi ocknął się sam jak palec w B. pod Belfastem w Irlandii Północnej. Może nie był w samych kalesonach jak Stiopa Lichodiejew w Jałcie, ale niewiele brakowało.
J. malował dom profesora. Potem dom znajomych profesora.
A potem kolejny. I jeszcze jeden. I następny… I następny…
Aż przyszedł grudzień. A w grudniu w B. malowanie się kończy. W grudniu w B. liczą się tylko świąteczne zakupy.

Bilet w obie strony
Wiatr ucichł. Kraków spał jeszcze cicho pod pierzynką śniegu tego niedzielnego poranka, kiedy Ojciec odwoził mnie na lotnisko.
Rozdzieliła nas metalowa bramka. Nie wiedzieliśmy jeszcze, że od tego punktu w czasoprzestrzeni rozpocznie się dla nas przyspieszone rozszerzanie się wszechświata, że nasze tak bliskie sobie galaktyki zaczną oddalać się od siebie z szaloną prędkością i że nie odnajdziemy się już nigdy.
17 grudnia 2006 roku samolot tanich linii lotniczych Ryanair z Krakowa do Dublina wystartował o czasie, cokolwiek miałoby to znaczyć. O dobrym czasie? O złym czasie?
I kiedy ów suski pekaes przestworzy bujał w obłokach, ja trzymając na kolanach wydzierającego się wniebogłosy Dawida, korzystałam z tego osobliwego stanu zawieszenia między tym, co było i tym, co będzie, pozwalając myślom biec to wstecz, to naprzód, a nawet w obu kierunkach jednocześnie. Czasem, kiedy Dawidek na chwilę się uspokajał, udawało mi się przymknąć oczy. Zdawało mi się wtedy, że po mojej lewej stronie siedzi J. i mocno trzyma mnie za rękę, a po mojej prawej stronie siedzi Ojciec, milczący i nagle postarzały, zza jego pleców wygląda Mama i grozi mi palcem.
Turbulencje kołysały samolotem. Na lewo – jest już za późno, na prawo – nie jest za późno…

W mojej torebce leżał spokojnie bilet w obie strony, przeklęta wolność wyboru.
Chwilę później ocknęłam się w labiryncie dublińskiego lotniska, z rozpadającą się torbą podróżną na jednym ramieniu i półtorarocznym Dawidkiem na drugim. Szłam i szłam korytarzem do hali przylotów, a droga ta zdawała się nie mieć końca.
Obce głosy, obcy język, obce zapachy. Przedsionek nieba, przedsionek piekła, któż to wie…

Emigranci
6 stycznia 2007 roku samolot linii Aerlingus z Dublina do Krakowa odleciał bez dwójki pasażerów na pokładzie. Mój bilet powrotny wylądował w koszu na śmieci stojącym w maleńkim wynajętym pokoiku domu stojącego prawie na samym brzegu Morza Irlandzkiego.
A morze o tej porze roku było wiecznie niespokojne. Wściekle wyrzucało na brzeg szarą spienioną wodę. Lodowaty wiatr smagał nas po twarzach, chłostał po dłoniach, przeszywał na wskroś mrozem, a mróz ten dotarł w końcu i do naszych serc.
Budziliśmy się rano ze ściśniętymi gardłami. Drżąc od chłodu, wychodziliśmy z naszych osobnych, zalęknionych snów w deszczowy ciemny poranek.
Po śniadaniu w strugach deszczu płynęliśmy przez kałuże do pobliskiego biura pracy, a potem do taniego supermarketu, żeby kupić jakieś przecenione puszki na obiad.
Wieczorem, kiedy Dawidek już spał, wymykałam się z domu. Pośród spienionego groźnego morza na małej wysepce stała budka telefoniczna. Z daleka wyglądała jak latarnia morska. Podzwaniając drobnymi w kieszeniach, biegłam po falach, wskakiwałam do budki, zatrzaskiwałam drzwi i w końcu czułam się bezpiecznie. Kiedy podnosiłam słuchawkę, znajdowałam się już w innym świecie, ciepłym i przyjaznym. W Polsce.

Na wyspie
W moim śnie byłam rozbitkiem na wyspie otoczonej morzem. Byłam na wyspie, z której nie było żadnej drogi ucieczki. Wiedziałam, że gdzieś daleko stąd ktoś mnie wzywa, ktoś mnie potrzebuje. Gdzieś daleko stąd działo się coś złego, a ja nie mogłam tam być, nie mogłam pomóc. Byłam w potrzasku.

Czarne czarne dno
Na ostatnim roku polonistyki pewien docent tak nam wykładał: „Państwu się wydaje, że wszyscy na państwa czekają z otwartymi ramionami. Czy państwo zdają sobie sprawę, jak teraz trudno jest o pracę? Państwo są w ogóle nieprzystosowani do życia”.
Nie byliśmy. Książki to był cały nasz świat, z którego wygodnie było nie dostrzegać złożoności zagadnień ekonomicznych.
Po przyjeździe do B., ufna w swoją „znajomość języka angielskiego na poziomie bardzo dobrym” , słałam aplikacje na stanowiska sekretarek, recepcjonistek, pracowników biurowych i doradców klienta. W końcu – myślałam – co to za filozofia zrobić kawę, posegregować pocztę czy umówić spotkanie, jeśli się ma dyplom magistra UJ. Nie wzięłam jednak pod uwagę tego, że nie jestem w Londynie czy Dublinie, ale w B., prowincjonalnym miasteczku na Podlasiu Wielkiej Brytanii.
Telefon milczał. Listonosz omijał nasz dom z daleka. A zaoszczędzonych przez J. funciaków w puszce po szkockiej whisky wciąż ubywało i któregoś dnia zaświeciło w niej czarne czarne dno.
No, dobra, niech będzie kelnerka – powiedziałam sobie i z miejsca znalazłam pracę. Niestety, na kelnerkę to ja się zupełnie nie nadawałam. Plątały mi się nogi, ręce, numery stolików, nazwy dań, bloczki z zamówieniami, plątał mi się język, tłukły się talerze, sztućce ze złowieszczym brzękiem lądowały na podłodze, a kucharz rzucał za mną garnkami. Ludzkie twarze zlewały mi się w jedną przerażającą twarz klienta, który płaci i wymaga, a co najgorsze mówi z akcentem, o którym jakoś zapomnieli wspomnieć moi lektorzy języka angielskiego w Krakowie, i którego mimo moich rozpaczliwych wysiłków za cholerę nie mogłam zrozumieć, podobnie zresztą jak tutejszych zwyczajów żywieniowych, lodów z Colą, kociołków z małżami, tostów z fasolką i kiełbasy popijanej mlekiem.
Z kelnerstwa zrezygnowałam bez żalu. Z jednej knajpy mnie wyrzucili, z drugiej odeszłam sama, bo J. miał obiecaną jakąś pracę, więc musiałam zostać w domu z dzieckiem, którego nie było z kim zostawić na tej obcej ziemi. Praca J. po tygodniu okazała się niewypałem i zostaliśmy na lodzie, cieniutkim i kruchym.
Nie mieliśmy za co żyć. Nie mieliśmy za co wrócić do Polski. Dawid wyrósł z ubranek, które przywiozłam ze sobą w mojej pożyczonej, rozpadającej się torbie. Od ciągłego wożenia zakupów w bagażniku zepsuła nam się Dawidkowa spacerówka i nie mieliśmy pieniędzy na nową.
Dzieliliśmy dom z inną polską rodziną. Dwie zupy na jednej kuchence, jeden telewizor, trójka nieustannie walczących ze sobą dzieci, kolejka do łazienki… Znienawidziliśmy się strasznie przez tych kilka miesięcy wspólnego mieszkania i musiało minąć sporo czasu, zanim mogliśmy znów na siebie patrzeć.
Jak Scarlett O’Hara wstałam któregoś dnia i powiedziałam sobie: „Moja rodzina nie będzie więcej głodna”. Zakasałam rękawy, kupiłam kilka par gumowych rękawic i tak uzbrojona ruszyłam na podbój B.

Home sweet home
Pewna pani, której J. pięknie wymalował dom, zapytała, czy nie chciałabym przychodzić do niej raz czy dwa razy w tygodniu pomóc w pracach domowych. I tak rozpoczęła się moja kariera sprzątaczki. Dodajmy, wziętej sprzątaczki.
Poznałam różne domy. Domy nauczycieli, urzędników, artystów, lekarzy, biznesmenów. Poznałam życie tutejszej klasy średniej od kuchni. Znam ich gust i wymagania, znam ulubione marki ubrań i perfum, wiem, co mają w lodówce, wiem, co można znaleźć pod ich łóżkami i w łazienkach. Wiem, ale nie powiem. Jestem dyskretna.
Zawsze chodzę do pracy starannie umalowana, porządnie ubrana, ze świeżo zrobionym manicure i nienaganną fryzurą. Z eleganckiej torebki wyjmuję czyste rękawice i ściereczki do polerowania. Jestem dokładna, szybka i zorganizowana. Jestem profesjonalistką.
Po kilku latach pracy w zawodzie mogłam pozwolić sobie na luksus powiedzenia „bye bye” niektórym klientkom. I tak pożegnałam się z panią Ann i jej nieprzebranym bogactwem porcelanowych figurek, wazonów, zbiorów suszonych kwiatów, muszli i kamieni. Tak rozstałam się z pewną właścicielką wyjątkowo nieporządnego psa. No i tak zostawiłam samą z jej bałaganem moją najzamożniejszą, lecz zdecydowanie najmniej szczodrą klientkę, panią Barbarę. Pani Barbara płaciła mi mniej niż wynosi krajowa stawka minimalna, zawsze drobnymi, których szukała przez dobrych kilka minut po kieszeniach swoich licznych płaszczy i torebek, podczas gdy ja stałam w przedpokoju już ubrana po pracy. Pracowałam u niej dwa razy w tygodniu po dwie i pół godziny. Na rozgrzewkę prasowanie – jakieś 20 koszul i trochę innych rzeczy. Potem maraton: podłogi, kurze w dwóch ogromnych salonach, hall, schody na górę, no i sześć łazienek, bo tyle właśnie ich było w jej pięknym wiktoriańskim domu. A gdyby przypadkiem mi się nudziło, zawsze mogłam jeszcze zrobić to czy tamto.
Moimi najlepszymi klientkami są emerytowane nauczycielki. Płacą mi bardzo dobrze, często nawet za urlop, kupują prezenty na święta i bez okazji, odwożą do domu. Zawsze, kiedy przychodzę, robią mi herbatę, a potem opowiadają kawałek po kawałku swoje życie.
Z ich opowieści powstaje powoli w mojej głowie obraz tego miejsca, miejsca, w którym przyszło nam żyć. Północnoirlandzka teraźniejszość zaczyna być dla mnie logicznym dalszym ciągiem przeszłości. Znam już tradycyjne wzory na porcelanie i makatkach, nazwy kwiatów i ptaków, wiem, że kamienne płoty na pastwiskach buduje się bez użycia cementu czy innego spoiwa, wiem, jak wyglądał dawny budynek dworca kolejowego, który spłonął dawno temu. Wiem, co działo się tu w czasie II wojny światowej. Poznałam historię „troubles” widzianą oczami protestantów i katolików. Wiem, że B. „troubles” właściwie nie dotknęły. Wybuchły tu tylko dwie bomby i było tylko kilku zabitych.
Ci, którym dane jest żyć w miejscu, w którym się urodzili, mają swoje mity, legendy, swoją historię. Bez zastanowienia odczytują znaki zaszyfrowane w otaczającej ich rzeczywistości. Mówi się o nich, że mają korzenie. Ja mam tylko te babcine opowieści.

Stabilizacja
W czerwcu, pół roku po naszym przybyciu do B., sprawy nareszcie zaczęły układać się dla nas pomyślnie.
J. zarabiał spore pieniądze, malując domy, płoty i kto go tam wie jeszcze co, a oprócz tego zaczął pracować dwa razy w tygodniu w Tesco na nocne zmiany. Od 22 do 7.15 rano słucha sobie Masady albo audiobooków w stylu Dzieci Wszechświata lub Braci Karamazow, układając na półkach wody mineralne czy upychając mrożonki w lodówkach. Trudno wymarzyć sobie lepszą pracę: chłopak ćwiczy mięśnie i umysł jednocześnie i jeszcze mu za to płacą.
Wynajęliśmy mały domek, nic nadzwyczajnego, ale po pół roku życia pod jednym dachem z obcymi ludźmi nie mogliśmy nacieszyć się prywatnością, chodzeniem w pidżamie albo i bez pidżamy po całym domu, zostawianiem bałaganu w salonie i kłóceniem się bez świadków.

Polska
Biały dom na łące pełnej kwiatów. Dzieci zrywają dmuchawce, biały puch ulatuje do góry. Nasze bose stopy dotykają rozgrzanej ziemi. Biegniemy do domu, gdzie na stole czeka pachnący bochen chleba, świeżo zerwane z ogrodu ogórki i dzban zsiadłego mleka.
Ten dom wraca do mnie w snach. Ten dom, którego nigdy nie było.
Chcieliśmy wracać. Byliśmy chorzy z tęsknoty za Polską, z której kilka miesięcy temu uciekliśmy. „Ty jesteś jak zdrowie… Ile cię trzeba cenić, ten tylko się dowie, kto cię stracił.” Mieliśmy plan. Zarobić tyle a tyle. Żeby starczyło na małą firmę i na studia podyplomowe dla mnie. Żebyśmy mogli zacząć w Polsce od nowa. Pracowaliśmy i odkładaliśmy pieniądze. Cel był coraz bliżej. Jednak z każdą kolejną wizytą w kraju, pojawiało się coraz więcej „ale”. Ale tam brudno! Ale tam drogo! Ale ludzie nieuprzejmi! Ale jak my tam właściwie będziemy żyli? Bez zasiłków na dzieci, bez darmowych recept, bez pełnej pyszności lodówki, bez nowych butów, bez wakacji nad ciepłym morzem, bez wygodnego, przestronnego mieszkania, bez zmywarki…
Nasz znajomy profesor czarnej magii, uśmiechał się pod nosem, grając w golfa.

Irlandia Północna
Kiedy wyjeżdżaliśmy do Irlandii Północnej, po głowach tłukł nam się refren starego przeboju zespołu Kobranocka „Kochając cię jak Irlandię”. Gdzieś w zakamarkach pamięci odgrzebywaliśmy obrazy widziane dawno temu w wiadomościach. Belfast. IRA. Zasieki. Terroryści. Bomby. Ale to była przeszłość, o której nie chcieliśmy zbyt wiele myśleć.
Belfast okazał się brzydkim, nudnym miastem, gdzie nie ma dokąd pójść. To, co odróżnia go od innych miast Europy, to posterunki policji otoczone zasiekami z drutu kolczastego, posterunki – fortece nie do zdobycia. Opancerzone wozy policji. Gdzieniegdzie murale wzywające do walki z tymi lub tamtymi.
Szybko zorientowaliśmy się, że spokój jest tylko pozorny. Poranne wiadomości w Ulster TV przynosiły niemal codziennie wieści o znalezionych ładunkach wybuchowych, eksplozjach, strzelaninach, wybitych szybach, groźbach i oskarżeniach.
Nasze miasteczko było jednak oazą spokoju.
Aż przyszło to pamiętne lato. Wojskowy śmigłowiec krążył nad miastem dzień i noc. Na przedmieściach przez trzy doby trwały zamieszki. Działacze UDA, organizacji lojalistycznej kontra policja. Czwartego dnia szum śmigłowca umilkł, ale za to obudziło nas walenie do drzwi. Kiedy otworzyłam, zobaczyłam sześciu panów z brygady terrorystycznej uzbrojonych po zęby. Zapytali, gdzie mąż, a gdy powiedziałam, że jeszcze na górze, grzecznie odsunęli mnie na bok i wbiegli po schodach. J. przytomnie zdążył założyć slipki. Po głowie tłukło mi się jedno pytanie: „Kurwa, jeśli to nie żart, to co?”. Po paru minutach panowie wraz z moim ubranym już mężem zeszli na dół i trochę mnie uspokoili. Szukają nie nas, ale kogoś, kto jeszcze niedawno tu mieszkał (wprowadziliśmy się zaledwie dwa tygodnie temu). Ale – dodali – w związku z tym, że mają nakaz rewizji, muszą ją przeprowadzić. Na nic zdały się protesty. Panowie przebrali się w białe kosmiczne kombinezony, maski i lateksowe rękawice i zaczęło się opukiwanie ścian, wysypywanie pensików ze skarbonki, opróżnianie szaf i koszy na śmieci. My mieliśmy grzecznie siedzieć na dole i czekać, aż skończą. Dawidek od tamtej pory zaczął panicznie bać się lekarzy i pielęgniarek, ludzi w białych fartuchach.

Trybik w machinie korporacji
Niecały rok po naszym przybyciu do B. dostałam pracę na pół etatu w domu towarowym Tk Maxx, sprzedającym markowe ubrania, buty i mnóstwo innych rzeczy po bardzo przystępnych cenach. W B. to stałe miejsce pielgrzymek Polaków. Do Tkmaxxu chodzi się jak na polowanie, nigdy nie wiesz, jakiego zwierza ustrzelisz.
Jestem jedynym zatrudnionym tam obcokrajowcem. Noszę firmową koszulkę z identyfikatorem. Spodnie musiałam skrócić tak, by ich długość odpowiadała wymaganiom korporacji.
Przez pierwsze dwa lata mojej pracy w TkMaxxie panował tam totalny chaos. Nic nie leżało na swoim miejscu, towar walał się po podłodze, a pracownicy chowali się za półkami, by uniknąć jakiegokolwiek wysiłku.
Niewiele wiedząc o systemie pracy w korporacji, ale będąc zaciekłym wrogiem entropii, podejmowałam heroiczne i z góry skazane na klęskę próby walki. Współpracownicy szybko znienawidzili mnie za zawyżanie norm, a menadżerowie ganili za zbytnią samodzielność. Musiałam się nauczyć, że szeregowy pracownik korporacji nie jest od myślenia. Każda minuta jego pracy jest zaplanowana przez menadżera, on ma tylko wykonywać polecenia. Teraz, kiedy wychodzę do pracy, głowę zostawiam w domu albo pozwalam jej spokojnie fruwać w przestworzach, kiedy moje ręce układają towar czy podnoszą wieszaki z podłogi. Nie wychylam się za burtę ani nigdzie indziej. I jest git majonez. Koledzy mnie lubią i szefostwo też.
Po dwóch latach przyszedł kryzys gospodarczy, wzrosło bezrobocie. Już nikt nie chował się za półkami. Aby zwiększyć wydajność pracy, nasi menadżerowie wymyślili instrukcje do wszystkiego. Przez kilka tygodni musiałam nosić w kieszeni plan pracy. Zanim się go nie nauczę na pamięć, powiedzieli. Mój plan pracy wygląda tak:
1. Zabrać rzeczy z przymierzalni i odwiesić na miejsce.
2. Podnieść rzeczy z podłogi i odwiesić lub odłożyć na miejsce.
3. Poprawić ekspozycje towaru.
4. Zabrać rzeczy z miejsc, gdzie najczęściej zostawiają je klienci.
5. Uporządkować wszystko.
I tak dzień po dniu, punkt po punkcie…

Bazyli
Kwiecień 2008 roku. Idąc wybrzeżem, podniosłam muszelkę, ścisnęłam mocno w dłoni, żeby nie zgubić, nie upuścić, ścisnęłam mocno, na szczęście… Wiatr od morza przynosił jakieś cieplejsze nuty, egzotyczne zapachy południa… Wymiatał to, co stare i zbutwiałe, przygotowywał miejsce dla tego, co miało dopiero nadejść. W grudniu miał urodzić się Bazyli.

Zajęty dom
Styczeń 2009. Wkrótce po narodzinach Bazylka okazało się, że w naszym małym wynajętym domku nie da się już mieszkać. Dom był zajęty. Grzyb oplatał nas swoimi mackami. Zasnuwał czarną siecią ściany, okna i drzwi. Próbował zakraść się do dziecięcych łóżeczek. Obrastał nasze ubrania i szczoteczki do zębów. Znajdowaliśmy go w chlebie i w cukierniczce.
Nocami sny grzybni dotykały wilgotnymi mackami naszych snów. Śniliśmy przedziwne, narkotyczne sny. Budziliśmy się z krzykiem.
Którejś nocy śnił mi się wiatr. Śniła się wichura. Biegłam z Ojcem, próbując znaleźć jakieś schronienie, ale wszystko wokół nas rozpadało się z łomotem na drobne kawałki. Wiatr zapierał nam dech. Liczyłam na Ojca, że coś wymyśli jak zwykle, że weźmie mnie na plecy jak małą dziewczynkę i zabierze w bezpieczne miejsce, ale Ojciec nagle zaczął maleć i maleć, aż w końcu wiatr porwał go i uniósł niczym jesienny liść.
Ostatecznie grzyb nas pokonał. Musieliśmy się wyprowadzić. Nasz znajomy profesor czarnej magii usłużnie podsunął nam jeden ze swych przestronnych, suchych, wygodnych i dość kosztownych domów do wynajęcia. Kiedy podpisywaliśmy umowę, znów się uśmiechał.

Ojciec odchodzi
W kwietniu 2010 roku mój Ojciec umierał na raka. Kupiłam bilet na samolot, żeby po raz ostatni się z nim zobaczyć. Powiedzieć to, czego nie zdążyłam powiedzieć wcześniej, po prostu, że bardzo go kocham.
Po moim wyjeździe z Polski oddaliliśmy się od siebie. Ojciec spotkał inną kobietę i odszedł od Mamy. Wyjechał z Krakowa. Przez cały okres jego choroby staraliśmy się poukładać na nowo nasze relacje i nawet do pewnego stopnia nam się udało, ale po prostu nie było już jak dawniej.
Pakowałam walizkę, a wiatr cichutko, kawałek po kawałku, przesuwał ku mnie chmurę wulkanicznego pyłu z nad Islandii. Ciemno, ciemno, coraz ciemniej… Wszystko coraz bardziej niewyraźne, szare, rozmazane, mgliste. Wszystkie loty odwołane, lotniska zamknięte. Promy przepełnione, zdobycie biletu graniczyło z cudem.
Byłam na wyspie, odcięta, uwięziona.
Ojciec nie mógł już mówić, kiedy do niego zadzwoniłam, żeby powiedzieć, że na pewno przyjadę, że musimy się zobaczyć. Podobno był wtedy jeszcze świadomy, podobno zrozumiał. Parę godzin później zaczął oddalać się ku mgle. I w tej mgle szukam go do dzisiaj.
Ostatecznie do Polski dotarłam pięć dni później, pociągiem do Belfastu, autobusem, promem do Szkocji, nocnym autobusem do Londynu i po całodniowym oczekiwaniu na polski autokar, do Krakowa.
Dwa dni później odbył się pogrzeb. Wrzuciłam do grobu Ojca garść muszelek z nad Morza Irlandzkiego, którego nie zdążył zobaczyć. Z mojej przybranej, wybranej ojczyzny, z mojego miejsca zesłania, wygnania, sama już nie wiem…

Moja wierna mowo
Minęły prawie cztery lata, zanim zrozumiałam, że mam tutaj, w B. coś do zrobienia. Poczułam odwieczny zew polonistek i podjęłam misję Stachy Bozowskiej. Nie na darmo na drugie imię mam Stanisława.
Dzieciaki na emigracji łatwo zapominają polszczyznę, ich pierwszym językiem staje się angielski. Często nie znają polskiego alfabetu, nie potrafią po polsku czytać i pisać, niewiele wiedzą o naszej kulturze i historii. W polskim klubie, gdzie pracuję jako wolontariuszka, uczę je piosenek z Akademii Pana Kleksa, wierszyków Tuwima, polskich legend i wielu innych rzeczy, których nie dowiedzą się w północnoirlandzkiej szkole. Ta godzina w tygodniu to jednak bardzo mało. Marzy mi się otwarcie w B. szkoły sobotniej z prawdziwego zdarzenia.
Zaczęłam też kurs dla tłumaczy środowiskowych. Zawsze marzyłam o pracy tłumacza i chociaż ciągle noszę w torebce parę gumowych rękawic do sprzątania i identyfikator szeregowego pracownika Tkmaxxu, mam nadzieję, że to marzenie zacznie się w końcu spełniać.
Zrozumiałam w końcu, że tak naprawdę język jest moją ojczyzną. Nie Polska. Nie Irlandia Północna. Nie jakaś idealna wymarzona kraina. Nieważne, gdzie jestem. Jeśli mam mój język, jestem w domu.

Marzec 2011
Niedziela, trochę słońca, trochę deszczu, jak to w Irlandii. Siedzę na zimnym prastarym kamieniu i patrzę na zmagania dzieci, które próbują puścić latawiec.
Nić plącze się, gubi, latawiec to unosi się, to opada. J. trochę klnie, trochę próbuje im pomóc, nie wiadomo, co bardziej. Dawidek krzyczy „Come on, faster, faster!”. Już drugi rok chodzi do szkoły. Uwielbia panią, dzieciaki i świetnie sobie radzi. Jak można lubić szkołę? Przecież to niemożliwe? Co oni tu wyprawiają z tymi dziećmi?! Mały Bazylek powtarza za nim „Faśter, faśter”, a do przechodzących nieopodal znajomych woła: „Witaj, how are you?”.
Morze dziś spokojne. W jego bezustannym, miarowym szumie można usłyszeć wibracje innego, dalekiego świata. Kołysanych w objęciach oceanów, w rytmie przypływów i odpływów, innych wysp, kontynentów. Czasem, kiedy tak się patrzy na bezkresną wodę, przestrzeń otwiera się we wszystkich kierunkach. Świat staje się bliski na wyciągnięcie ręki. Wszystko staje się możliwe.
Latawiec wznosi się do góry i płynie po niebie.
Stoimy na kamienistej plaży, zadzierając wysoko głowy. Cztery ziarnka piasku rzucone tutaj przez odwieczny wiatr. Stoimy, trzymając się za ręce. Tutaj. W samym środku wszechświata.

 

Monika Ciok – Giertuga

Polska Szkoła Sobotnia Bangor

1 Star2 Stars3 Stars4 Stars5 Stars (2 votes, average: 5.00 out of 5)
Loading ... Loading ...

3 komentarzy »

  • Lala :

    Naprawde dobry tekst..

  • arka :

    taa ale jesli ‘przyjmuja artykuly’ do magazynu – to bedzie wesolo! jak zwykle ktos z przypadku zabiera sie za co o czym nie ma pojecia haha

  • nawigator :

    gratulacje doboru tekstu, w sam raz zapchaj dziure. arka – wesolo to już jest a zapowiada się gorące lato…A zatem wszyskie rece na poklad i piszmy teksty a papier wszystko przyjmie.
    Murarz – muruje, malarz – maluje a kucharz pisuje… hepy krismes ;-)

Twoim zdaniem: